fot. Karol Makurat / @tarakum_photography
Sebastian Fabijański otwarcie opowiedział o jednym z najtrudniejszych momentów w swoim życiu. Rapujący aktor ujawnił, że po śmierci ojca spędził dwa i pół miesiąca w prywatnej klinice psychiatrycznej, zmagając się z poważnym kryzysem psychicznym.
W rozmowie z Krzysztofem Stanowskim na Kanale Zero Fabijański przyznał, że okres żałoby doprowadził go do stanu, w którym obawiał się własnych myśli.
– Miałem głupie myśli. Bałem się brać leki, bo nie wiedziałem, co może się wydarzyć – mówił.
„Nie byłbym w stanie trafić do państwowego szpitala”
Aktor nie ukrywał, że trafił do prywatnej placówki, ponieważ alternatywa była dla niego nie do zaakceptowania.
– Całe szczęście, że taka klinika powstała, bo wydaje mi się, że do państwowego szpitala psychiatrycznego nie mógłbym trafić. Nie byłbym w stanie i nie wiem, co by się wtedy ze mną stało – wyznał wprost.
Na oddziale funkcjonował w odosobnionych warunkach.
– Miałem bardzo odosobniony pokój, bo to była prywatna klinika – dodał.
Codzienność oddziału psychiatrycznego
Fabijański opisał również realia życia na oddziale oraz ludzi, których tam spotkał. Wspominał m.in. kobietę w ciężkim stanie depresji poporodowej, pacjentkę przekonaną, że rozmawia z Bogiem, oraz mężczyznę, któremu pomagał podczas spacerów, kupując papierosy, ponieważ ten nie mógł sam wychodzić.
Najbardziej zapadła mu w pamięć atmosfera miejsca.
– To, co słyszysz od rana do wieczora, to szelest i szuranie kapci o podłogę – relacjonował.
„Ludzie chodzą jak zombie”
Aktor zwrócił także uwagę na wpływ farmakologii na pacjentów.
– Ludzie pod wpływem bardzo silnych leków psychotropowych, które ich otumaniają i zobojętniają, po prostu chodzą jak zombie – powiedział.