Rzecz to, zdawałoby się, mało zaskakująca – w końcu warszawski raper publikuje tam od dawna, a pierwsze jego pisarskie próby trafiały jeszcze na stronę Alkopoligamii.
O ile jednak na ogół w felietonach zajmuje się sprawami mało ciekawymi z muzycznego punktu widzenia (żeby nie powiedzieć: z jakiegokolwiek punktu widzenia), o tyle
ostatni wpis powinien zainteresować nie tylko najwierniejszych fanów członka 2cztery7. Mowa jest w nim o płycie. Nowej. Solowej. I w związku z tym pada tam kilka zdań,
nad którymi warto się zatrzymać.
Jak wynika z felietonu, po ostatnim, kolektywnym albumie „Lepsze Żbiki” Mes ochoczo zabrał się do pracy nad własnym materiałem. „Jak dla mnie to sprinterskie tempo”,
podsumowuje ostatni rok, spędzony w studiu. „Kiedy pracuję sam idzie to sprawniej, główny cel ani na chwilę nie znika za chmurami cudzych nastrojów”. Można więc
podejrzewać, że po wypełnionym gościnnymi występami krążku tym razem liczba zaproszonych wykonawców będzie ograniczona do minimum (pytanie, czy znajdzie się zwrotka
Peji, o której poznaniak pisał na Facebooku).
{sklep-cgm}
Drugą ważną informacją są zagadnienia poruszane na płycie. „Prosta tematyka”, pisze Mes. „Nie mogę mydlić oczu słuchaczom, że oto kolejny rok trawi mnie samotność, a
jedynym kompanem jest flacha. Zebrałem wokół siebie wspaniałą ekipę bliskich dusz! Uważam też, że żyjemy w najlepszych od chyba dwustu lat czasach dla Polski. Że
trochę nie wypada podawać swoich mentalnych, wodnistych zup jako dania głównego z karty hardkorowych problemów”.
W tych czterech zdaniach tkwi, jak sądzę, istota całego wpisu Mesa i spore nadzieje na nadchodzący album. Można oczywiście się podśmiewać z odkrywczych rozpoznań
warszawskiego rapera, który w 2014 roku zdał sobie sprawę, że w tej III RP jednak nie jest tak źle. Nie będę jednak tego robić – dlatego że w momencie opublikowania
tego wpisu zacząłem czekać na jego album, bardziej niż na którykolwiek z poprzednich. „Prosta tematyka” może być kluczem do sukcesu, najlepszą możliwą odpowiedzią na
te zarzuty, które stawiało się wcześniejszym solówkom. W czym rzecz? Ano w tym, że i „Zamach na przeciętność”, i „Kandydaci na szaleńców” – jakkolwiek dopieszczone
muzycznie i technicznie by nie były – zjadły ich własne ambicje: z seksu i alkoholu próbowało się robić filozofię życia, a z hasła Alkopoligamia manifest pokolenia.
Groteskowy obraz kontestującego mieszczańskie życie rapera, który w gruncie rzeczy chciał jedynie uwznioślić własne nałogi, dopełniał komiczny image z okolic 2009–2010
roku: wszyscy pamiętamy kapelusze i marynarki, wciśnięte na otyłego MC z cygaretką w ustach.
A przecież, jeśli się przyjrzeć tamtym krążkom, najlepiej brzmiały one wówczas, gdy gospodarz sięgał po bezpretensjonalne, trochę prześmiewcze tematy, niż wtedy, gdy
próbował wcisnąć słuchaczowi kilka mądrości życiowych. Na „Zamachu” mieliśmy fantastyczne „Ten zwykły we mnie” i „My” (OK, to też trochę taki hymn, ale lekki i
pozbawiony snobizmu); ale były też nieznośne w przekazie „To już” czy „Co jest warte uwagi”. Podobnie z „Kandydatami”: „Mierzymy się wzrokiem” i „Z tym, co w sobie
mam” sąsiadują z „Zalewem” i „L.O.V.E.”. Ten często wydumany rap z przekazem – tak bardzo skłonny do deklaracji własnego światopoglądu, że Mes musiał się swojego czasu
tłumaczyć z niektórych posunięć (patrz historia z „Powinnaś być ze mną” i „2010” ) – próbował być równie eksperymentalny w
formie, rozśpiewany i wykorzystujący inne gatunki. Przekombinowany.
Nie chcę przemycić tu między wierszami pytania: gdzie jest stary Mes w dresie i na samplach? Ale „Trzeba było zostać dresiarzem” – bo taki tytuł będzie przecież nosił
nowy album – daje nadzieję na to, że tym razem mniej będzie pierdolenia filozofii, a więcej konkretnych opowieści, chociażby o prostych przyjemnościach. Liczę na to po
przesłuchaniu singla „Trze’a było”, w którym wszystko jest na swoim miejscu: nucenie, intonacja, g-funkowy, hitowy bit i świetny, błyskotliwy tekst. Liczę też na to po
przeczytaniu felietonu. Jedyne, co może studzić emocje, to „popierdółki psychosocjologiczne”, których ponoć też będą. I obawa, że Mes koniec końców wybierze tylko inny
obiekt westchnień: już nie Bukowski, ale przeciętny polski dresiarz. Niebezpieczny zwiastun tego można znaleźć już w tekście na T-Mobile, gdy dres porównany jest do
górala, a całą tę brzydką subkulturę należy wychwalać jako coś swojskiego, arcypolskiego i uroczego.